Anne Applebaum, Tom Nichols and Jeffrey Goldberg on Russia’s war

On Monday, February 28 at 3:00 p.m. ETjoin us for an urgent installment of The Big Story virtual event series, featuring staff writer Anne Applebaum and contributing writer Tom Nichols along with editor in chief Jeffrey Goldberg. Together, they’ll examine the global reaction to Russia’s military campaign, the effectiveness of sanctions, and how the free world should address the rise of authoritarianism and ongoing threats to democracy.

Register For Free

The Big Story: Russia’s War
Live Zoom EventCast

Date + Time
Monday, February 28
3:00 p.m. ET / 12:00 p.m. PT

Mistrzyni

Mistrzyni, Manuela Gretkowska, Znak 2021

Lucyna Ćwierczakiewiczowa kojarzyła mi się zawsze ze staroświecką kuchnią polską, przepisami typu „weź kopę jaj….”  A tu niespodzianka! Manuela Gretkowska, osoba na pewno nie staroświecka, napisała powieść o kulinarnej ikonie. No i okazało się, że Lucy to ktoś zupełnie inny niż myślałam.

Mieszkała w Warszawie, przy ulicy Królewskiej 3, ale powiedzieć, że mieszkała to za mało. Trzęsła Warszawą. Co tydzień ukazywały się jej artykuły w „Bluszczu” gdzie nawoływała do higieny, radziła wietrzyć mieszkanie i myć się dokładnie, a także wymagać tego samego od innych.  Warszawscy krawcy prześcigali się w proponowaniu tej niskiej i tęgiej wdowie najpiękniejszych sukni – to, że Ćwierczakiewiczowa widziana była w jakiejś kreacji, nawet, jeśli to tylko czerń wdowy – powodowała, że warszawianki natychmiast przeglądały żurnale, aby podobną znaleźć. Można było ją spotkać spacerującą pod rękę z Bolesławem Prusem czy pokrzykującą w kawiarni na Henryka Sienkiewicza i Helenę Modrzejewską, próbując ich zainteresować swoją pierwszą sztuką teatralną.

Rozsądna, mówiąca to, co myśli, nie zawsze spotykała się z dobrym przyjęciem. Nawet Prus potrafił powiedzieć o niej „wulgarna przekupa”, co zresztą bardzo zraniło Lucy. Bolesne było odrzucenie jej przez uwielbianego aktora, pięknego i szarmanckiego Adama Konckiego, zwłaszcza, że przypomniało jej to kolejny raz o tragedii, którą przeżyła – samobójstwie brata, który powiesił się z powodu nieszczęśliwej miłości do aktorki…

Słynne były czwartkowe obiady dla studentów, wydawane przez Ćwierczakiewiczową, gdzie stojące na stole darmowe dania były kulinarnymi arcydziełami najwyższej próby. Jej przepisy, wydane w książkach o nakładach większych niż Sienkiewicz i Prus razem wzięci, wypróbowywały wszystkie szacowne panie domu.

Kobieta- burza. Patriotka, wychowana w protestanckiej tradycji pracy, potrafiła głośno skrytykować arcybiskupa w warszawskiej katedrze, następnie błyskawicznie wydłubać tabliczkę ze swoim nazwiskiem z kościelnej ławki i wymaszerować, dzierżąc bohatersko otwartą czarną parasolkę, tak szybko, że jej panna do towarzystwa (a miała ich w swoim życiu kilka, jako, że codzienne obcowanie z nią nie było łatwe) nie nadąża za Ćwierczakiewiczową i ginie w tłumie zbulwersowanych i zachwyconych uczestników nabożeństwa.

Postać frapująca, opisana w bardzo ciekawy sposób. Właściwie przez całą powieść jesteśmy przy boku Lucy. Obserwujemy ją jak wspomaga biednych, ale też jak wykrzykuje na kucharkę. Otoczona ludźmi, ale samotna. Spragniona miłości pięknego Adama, ale praktycznie nakazująca użycie pijawek, aby przestała ją boleć głowa.

Powieść kończy się, kiedy ta kobieta, którą dziś nazwano by feministką, umiera. Jeden z jej ostatnich przepisów to „surowa ryba, zawinięta w liść kapusty lub cienki naleśnik, z dodatkiem kaszy lub ryżu podana na letnio, z imbirem i chrzanem”. Ówczesny wydawca krzywi się na to, mówiąc, że nie może tego opublikować, oskarżono by go o trucie obywateli…

A to przecież dzisiejsze sushi…

Inga Iwasiów w Seattle

Inga Iwasiów (po prawej) i Hanna Gil w Seattle

Uczestnicy spotkań Klubu Polskiej Książki w Seattle poznali już wielu polskich pisarzy i pisarek. Można powiedzieć, lekko aluzyjnie – z jak najlepszej strony, bo poprzez strony ich książek. W sobotę 11 września, 2010 mieliśmy jednak okazję poznać autorkę jednej z ulubionych książek klubu osobiście. Przyjazd Ingi Iwasiów do Seattle był trochę spontaniczny – autorka, będąca profesorką literaturoznawstwa na Uniwersytecie Szczecińskim, gościła w pobliskim Vancouver, British Columbia. O jej pobycie dowiedziała się Hanna Gil, założycielka Klubu Polskiej Książki w Seattle i zaprosiła pisarkę na spotkanie z czytelnikami. Inga Iwasiów, zachęcona opowiadaniami o pięknym mieście i oczekujących jej tutaj „molach książkowych” zdecydowała się na jednodniowy wypad przez granicę.

Seattle przywitało pisarkę słońcem, bezchmurnym niebem, wspaniałym widokiem z Gasworks Park, wypełnionym kibicami stadionem Husky na Uniwersytecie Waszyngtońskim, a także tutejszymi atrakcjami turystycznymi – Pike Place Market, pomnikiem Lenina na Fremont, ogromnym legendarnym kamiennym trollem pod mostem, łososiami zmagającymi się z prądem wody na tamie w Ballard.

Książką Ingi Iwasiów, która spowodowała, że pisarka wypłynęła ze swojego rodzimego Szczecina na „szersze wody” było „Bambino”, wydane w roku 2008 i nominowane do wielu nagród w tym do Nagrody Literackiej Nike. Nie był to jednak debiut – wcześniej autorka opublikowała opowiadania „Miasto-ja-miasto” (1998), „Smaki i dotyki” (2006), poezje, eseje „Rewindykacje. Kobieta czytająca dzisiaj” (2002) i „Gender dla średnio zaawansowanych” (2004) oraz monografie – o twórczości Włodzimierza Odojewskiego i o prozie Leopolda Tyrmanda.

„Bambino”, książka omawiana w klubie czytelniczym, to historia rozgrywająca się w Szczecinie i obejmująca okres od lat powojennych do lat 80. Do miasta przybywają ludzie z różnych stron Polski – Maria, z dalekich Kresów, Janek, chłopak z Wielkopolski, Anna, wydziedziczona z Kielecczyzny i Ula – a właściwie Ulrike, Niemka. Ona jedna znikąd nie przybywa, ale decyduje się zostać w Szczecinie. Wszyscy spotykają się w barze mlecznym „Bambino”.Ponieważ, jak wspomniałam, Inga Iwasiów jest rodowitą szczecinianką, więc wybór miejsca akcji był naturalny. Miasto odwdzięczyło się jej za zainteresowanie, bo pisarka odebrała w lipcu tego roku zaszczytny tytuł „Ambasadora Szczecina”. Zapytaliśmy ją jednak w pierwszych zdaniach nie o Szczecin, ale o to jak to się stało, że język „Bambino” zmienia się w trakcie książki – na początku jest prosty, bardzo oszczędny, prawie potoczny, potem staje się bardziej literacki, niemniej jednak utrzymuje się ciągle w specyficznym dla tej pisarki stylu: równoważników zdań i narracji empatycznej. Autorka odpowiedziała, że uczyniła to, aby oddać nieliteracki sposób wyrażania się postaci, ich chropawość i czystość, jaka musiała być współudziałem ludzi tamtego okresu. A skąd tak dogłębna analiza postaci kobiecych? Pisarka jest znaną feministką, ale, jak twierdzi, kobiecy świat „Bambino” to po prostu odzwierciedlenie świata kobiet w miastach powojennych. Kiedy oglądamy dawne kroniki filmowe, widzimy na ekranie kobiety. To one wywożą gruz na wózkach, porządkują i budują nowe miasto. Miasto kobiet. Mężczyźni dopiero wracają z wojny. Niektórzy niestety nie mogą powrócić, ale na tych, którzy wracają czekają kobiety: wytrwałe, silne, ciepłe i cierpliwe.Kontynuacją „Bambino” jest książka „Ku słońcu”. I ta powieść dzieje się w Szczecinie. Tytuł jest dwuznaczny: szczecinianom kojarzy się on natychmiast z jedną z głównych ulic miasta, biegnącą na osi wschód-zachód. Idąc ta ulicą podążamy ku słońcu – wschodzącemu lub zachodzącemu. Przy końcu ulicy mieści się cmentarz, więc jeszcze więcej dwuznaczności. Droga prowadzi do wieczności, do słońca…

Inga Iwasiów ofiarowała też wszystkim uczestnikom spotkania w Seattle przepiękny prezent. Przeczytała nam fragmenty swojej kolejnej, niewydanej jeszcze książki, książki, która nie ma jeszcze tytułu. Akcja jej nie toczy się już w Szczecinie, lecz w innym, fascynującym mieście. Jakim? Poczekajmy do wydania powieści, choć autorka uprzedziła, że nazwa tego miasta może nigdy nie padnie na stronach powieści. Być może będzie to miasto, które trzeba będzie samemu rozpoznać. Czy będzie to miasto inne dla każdego z nas?Nie udało się autorce „Bambina” uniknąć naszych pytań na temat stanu polskiej literatury współczesnej. Okazało się, że pomimo polonijnego narzekania, że język polski się zmienia, może nawet staje wulgarny, że przejmuje zbyt dużo obcych, także angielskich słów, że nabiera obcej nam intonacji dziennikarzy TVN 24, nie jest, zdaniem pisarki tak źle. Istnieje spora rozmaitość form pisarskich. Być może, więc nowe „Przedwiośnie” napisane przez nowego Żeromskiego będzie powieścią Sci-Fi, która wyjdzie chociażby spod pióra Jacka Dukaja, nazwanego przez nasz klub „nowym Lemem”. Ujawniają się nowe pisarki, chociaż, niestety, po udanych debiutach nie zawsze utrzymują się one „na górnej półce” i często swoją kolejną książką starają się trafić w komercjalne gusta czytelniczek. Jest różnorodność – obok eleganckiego językowo Stefana Chwina, zupełnie inny językowo Krzysztof Varga, obok porównywanej czasami z Ingą Iwasiów Joanny Bator, są interesujące Marta Syrwid i Grażyna Plebanek. A więc, wracając do kobiet, nie tylko Katarzyna Grochola i Monika Szwaja, nawet nie tylko Olga Tokarczuk czy Izabela Filipiak. Język polski ciągle jest dla dobrego pisarza zadaniem, z którym trzeba się zmierzyć. Istotne powieści nie tkwią w zamierzchłej przeszłości – Inga Iwasiów przypomniała nam wspaniała epopeję kresową „Zasypie wszystko, zawieje” Włodzimierza Odojewskiego i  powieść autobiograficzną Tyrmanda „Filip”.

Spotkanie, po zakończeniu jego oficjalnej części, trwało jeszcze długo. Podchodziliśmy do autorki, zadawaliśmy pytania, a nasze polonijne internetowe radio Wisła przeprowadziło z nią wywiad. Niestety, pora zrobiła się późna i Inga Iwasiów musiała wracać do Vancouver, zapewniając nas, że będzie pamiętała o tak miłym przyjęciu.

Dziękujemy, pani Ingo, zostawiła Pani w Seattle wiele dobrych słów i wspomnień. Spotkamy się z Panią już w październiku. Do zobaczenia w Pani następnej książce „Ku słońcu”!

Powyższy artykuł ukazał się także 9/24/2010 w Nowym Dzienniku.

The Clarinet Polka,  czyli Polska w Ameryce

Książkę Keitha Maillarda „The Clarinet Polka” (St. Martin’s Press, March 2003) zaczęłam czytać z nieufnością. Autor, mieszkający w Vancouver, B.C., umieścił akcję swojej najnowszej powieści, podobnie jak i poprzednich, w małym, wzorowanym na rodzinnym Wheeling, West Virginia, fikcyjnym miasteczku Raysburg w West Virginii,  w latach 1969-1973. „The Clarinet Polka” opisuje życie mieszkających tam Amerykanów polskiego pochodzenia, przeważnie trzeciej albo czwartej generacji, których przodkowie przybyli do Ameryki z falą emigracji przełomu XIX i XX wieku.

Keith Maillard nie jest Polakiem.  Miał jednak kilku przyjaciół polskiego pochodzenia, którzy wywarli na niego duży wpływ i o których losach chciał chociaż trochę opowiedzieć. Ponadto, pisząc kolejną książkę o mieszkańcach Raysburg, stwierdził, że nie może pominąć tamtejszego środowiska polonijnego. A ponieważ w Polonii bardzo ważną rolę odgrywa język polski,  dlatego elementy tego języka  – zdania, fragmenty piosenek, wierszy, przysłowia – są wymieszane (i niekoniecznie przetłumaczone na angielski) z oryginalnym językiem powieści. Główne bibliograficzne źródło wiedzy Keitha Maillarda o Polsce stanowiły takie książki jak: Normana Daviesa „God’s Playground”, „Heart of Europe: the Past in Poland’s Present”, Richarda C. Lukasa „Forgotten Holocaust: The Poles Under German Occupation 1939-1944” a z literatury pięknej „Pan Tadeusz” i „Chłopi”, uzupełnione stare płytymi z polską muzyką ludową i licznymi rozmowami ze znajomymi Polakami.

Temat powieści wydawał mi się śliski – czy będzie to pochwała pierogów czy Chopina, kiełbasy czy Miłosza, polki czy poloneza? Wszystkie te elementy tworzą przecież złożoną materię polskości i tak jak trudno jest zaakceptować jeden wzór bogatego arrasu odrzucając inny, tak samo  powinniśmy dostrzegać wszystkie strony naszej polskości: i te proste i  te wysublimowane. Czy pisarz amerykański widzi Polonię jako zwartą i tradycyjną społeczność czy jako etniczne kuriozum?

Książka jest  warta przeczytania: świetnie napisana, a często, dzięki specyficznemu, lekko kolokwialnemu językowi narratora, bardzo zabawna. Fakt umieszczenia akcji w małomiasteczkowym środowisku polonijnym dodaje jeszcze powieści barwy i ciepła. Narrator, 26 letni Jimmy Koprowski (tak, tak, nazwisko  pisane przez „w”, nie „v”),  nie bardzo wie co ze sobą i ze swoim życiem zrobić. Przez 4 lata służył jako mechanik samolotowy na Guamie, reperując amerykańskie B-52, dokonujące nalotów na Wietnam. Jimmy nie był nigdy pacyfistą, ale widzi wyraźnie bezsens wojny wietnamskiej, która jego zdaniem nie jest warta życia jednego amerykańskiego żołnierza. Niewypowiedziana nigdy jasno frustracja i brak perspektyw lepszej pracy w małomiasteczkowym Raysburg, zamieniły tego inteligentnego i sentymentalnego chłopaka w alkoholika. Rano Jimmy naprawia telewizory, a wieczorami przeważnie popija w miejscowym barze. Mieszka z rodzicami, w swoim małym pokoju, udekorowanym starymi plakatami z „Playboya” z okresu dorastania, później przeprowadza się do własnego „trailera”. Prymitywny romans ze starszą od niego o kilka lat Connie, atrakcyjną i kompletnie pozbawioną skrupułów moralnych żoną doktora, uzupełnia obraz tej monotonnej egzystencji. Z marazmu wyrywa Jimmy’ego pomysł jego 21 letniej siostry Lindy, grającej wspaniale kompozycje Chopina, ale zafascynowanej etnograficznymi korzeniami polskiej muzyki ludowej – zwłaszcza polki, który to taniec  pomimo czeskich korzeni, rozwinął się mocno wśród amerykańskich Polonusów, a szczególnie w Chicago i na wschodnim wybrzeżu, gdzie powstały oryginalne,grające polkę zespoły muzyczne. Uznając polkę za rodzaj „polskiego jazzu”, czyli „the real thing”,  Linda zakłada kobiecy „polka band” w skład którego wchodzą tak barwne postaci jak była hippiska Patty, z wytatuowaną na ramieniu jaszczurką, postawna, starszawa Mary Jo – „the Polka Lady”, Beth, Amerykanka, nie znająca ani słowa po polsku, Linda i Janice – 16 letnia, jasnowłosa, wybitnie utalentowana muzycznie klarnecistka i śpiewaczka. To właśnie Janice trafia do serca Jimmy’ego, chociaż wiadomo, że ich przyjaźń nie może zaprowadzić do niczego więcej, ze względu na coraz większy alkoholizm Jimmy’ego i różnicę wieku. A może jednak autor książki szykuje dla nas niespodziankę?

 Losy Jimmy’ego i  Janice, ich przemiany, dorastanie do życia (i miłości) obserwujemy poprzez pryzmat wolno biegnącego życia amerykańskiego miasteczka: z polskim kościołem, gdzie główną atrakcją towarzyską jest doroczny „Pączki Ball” , z PAC (Polish American Club) i spokojną rzeką Ohio, odmierzającą kolejne miesiące i lata. I chociaż Polska wydaje się być bardzo daleko od  Raysburg, to dla niektórych – tak jak dla ojca Janice, Czesława Dłuwieckiego – jest ona ciągle najpiękniejszym miejscem na świecie, chronionym głęboko w sercu i nigdy nie zapomnianym. Niektóre polskie wspomnienia są bolesne, ale konieczne do wyjawnienia. Czesław, były żołnierz AK, opowiada więc córce, z bólem i obawą, o skomplikowanej historii Polski, o polskich latach wojennych, pełnych przemocy i gwałtu i o latach powojnnych – pełnych rozczarowań. Janice, zadziwiona, skomplikowaną i heroiczną historią swojej rodziny, boleśnie związanej z losami Polski, rozumie, po wysłuchaniu opowieści ojca, co to znaczy „proud to be Polish”.